Ustawa Wilczka 2.0 potrzebna od zaraz – wywiad z Adamem Abramowiczem w tygodniku „Do Rzeczy”

Poniżej prezentujemy wywiad z prezesem Rady Przedsiębiorców Adamem Abramowiczem, który ukazał się w najnowszym tygodniku „Do Rzeczy”.

RYSZARD GROMADZKI: Polska jest krajem gospodarczego sukcesu, jak głoszą kolejne ekipy rządzące, czy raczej państwem niewykorzystanych możliwości i straconych szans gospodarczych?

ADAM ABRAMOWICZ: Niewątpliwie osiągnęliśmy w ciągu 35 lat transformacji, a ściślej rzecz ujmując – od wprowadzenia ustawy Wilczka, sukces. Polska zmieniła się z kraju siermiężnego socjalizmu w kraj nowoczesnej gospodarki. To widać na ulicach i widać po ilości gotówki w naszych kieszeniach, możliwości wyjazdów Polaków, których wcześniej nie było, nie tylko ze względów politycznych, lecz także ekonomicznych. Dziś ogromna rzesza Polaków ma dla siebie otwarty cały świat. Ale gdybyśmy zostali przy ustawie Wilczka, a politycy nie ograniczaliby działalności gospodarczej i nie narzucali kolejnych regulacji, obowiązków i ciężarów, to byśmy byli jeszcze dalej zaawansowani w rozwoju. Myślę, żebyśmy doganiali albo i przeganiali niektóre państwa Europy Zachodniej.

W światowym raporcie wolności gospodarczej za 2025 r. Polska zajmuje dopiero 76. miejsce na 165 sklasyfikowanych państw. Dlaczego pana zdaniem polskie państwo tak dusi przedsiębiorczość?

Ten ranking potwierdza to, co powiedziałem wcześniej. Jeśli mimo tak odległej lokaty mówimy o sukcesie gospodarczym w Polsce, to o ile bogatsi bylibyśmy, gdybyśmy w tym rankingu byli w pierwszej piątce? Niestety, praktyka ostatnich lat pokazuje, że ciężarów nakładanych na przedsiębiorców, zamiast ubywać, wciąż przybywa. Dlaczego mamy do czynienia z takim stanem rzeczy? Ano dlatego, że polscy politycy i urzędnicy nie rozumieją, że ograniczanie szerokiego zakresu wolności gospodarczej, kiedy są możliwości nieskrępowanego działania i zarabiania pieniędzy, przez pomysły takie jak Polski Ład czy wprowadzany obecnie KseF (Krajowy System e-Faktur), nowe restrykcje w Kodeksie pracy związane z kontrolowaniem równości, ograniczanie umów B2B, odbiera energię przedsiębiorcom. Ci ludzie chcą pracować i tworzyć dochód narodowy, wystarczy im nie przeszkadzać. Jest wiele przykładów na to, jak innowacyjne pomysły, które mogłyby być realizowane w Polsce, ostatecznie materializują się za granicą. Mam na myśli choćby firmę produkującą satelity radarowe. Jej twórca nie znalazł klimatu do rozwinięcia swojego przedsięwzięcia w Polsce, znalazł go w Finlandii. Takich przypadków jest zdecydowanie więcej. Politycy żyją w odrębnej rzeczywistości.

Przecież w ten sposób podcinają gałąź, na której siedzą i oni, i my…

Tak jest, ale oni mówią: „Zobaczcie, nie jest źle, wprowadzamy nowe ciężary, ale podnosimy płacę minimalną, poza tym wszystko dalej działa”. Ale tak dobrze dalej już nie będzie. Widać już, że gospodarka hamuje, bezrobocie rośnie. Istotną przyczyną podejścia władzy do gospodarki w Polsce jest to, że wśród polityków w zasadzie nie ma przedsiębiorców. Nie mamy w Sejmie swojej reprezentacji. W większości są tam urzędnicy, nauczyciele czy lekarze. A urzędnicy mają wciąż mentalność rodem z poprzedniego systemu. Urzędnik nie pomaga przedsiębiorcy czy – szerzej – obywatelowi, nie realizuje zasady, która powinna obowiązywać w każdym cywilizowanym państwie, czyli jeśli przepis jest niejasny i są wątpliwości, których się nie da usunąć, to te niejasności powinny być interpretowane na korzyść obywatela. Podobnie powinno być w prowadzonych postępowaniach – to nie my mamy udowadniać niewinność, tylko urzędnicy winę.

Jest dokładnie odwrotnie, to obywatel musi udowodnić, że nie jest wielbłądem.

Dokładnie tak. To hipokryzja ze strony rządzących, którzy raz po raz zapewniają, że będą ustawowo regulowali, aby wszystkie niejasności były interpretowane na korzyść obywatela. Uchwala się nawet odpowiednie ustawy, ale w praktyce mamy wręcz do czynienia z agresją wobec obywateli. Najświeższe przykłady dotyczą działań ZUS, który pozbawia ludzi składek emerytalnych płaconych przez całe lata, bo według ZUS płacący nie miał tytułu do ubezpieczenia. To pokazuje prawdziwy stosunek urzędników do Polaków. W tle tego wszystkiego mamy szumne zapowiedzi ustaw, które miały chronić obywateli ze strony premiera Tuska. Wracając do pana wcześniejszego pytania o przyczyny duszenia polskiej przedsiębiorczości, trzeba wskazać na brak silnej reprezentacji przedsiębiorców w Sejmie oraz na mentalność urzędniczą ukierunkowaną na służenie budżetowi. Przejawia się to w imperatywie zabierania za wszelką cenę pieniędzy od obywateli, bo budżet potrzebuje kasy, a po nas choćby potop.

Czy to, że w Sejmie nie ma silnej reprezentacji polskich przedsiębiorców, która broniłaby skutecznie ich interesów, nie jest winą ich samych?

Jest faktem, że wśród prawie 3 mln ludzi prowadzących działalność gospodarczą w Polsce słabo przebija się potrzeba wspólnego działania, we własnym interesie. Nie wyłoniliśmy przez 35 lat gospodarki wolnorynkowej takiej reprezentacji, w przeciwieństwie do Niemiec. Tam rząd każdą ustawę konsultuje ze środowiskiem przedsiębiorców, liczy się z ich zdaniem. U nas wciąż pokutuje mentalność wyniesiona jeszcze z PRL: „ciszej jedziesz, dalsze budiesz”. Ludzie nie chcą się wychylać, obawiając się przeciwstawić urzędniczej arogancji, bo urzędnicy ich zniszczą. Jako prezes Rady Przedsiębiorców widzę to w rozmowach. Mówię często: „Zrzeszmy się, przyjdźcie do nas, staniemy razem w naszej obronie”. W odpowiedzi słyszę: „Nie, nie, wolimy już zapłacić mandat”. No i płacą, pięćset czy tysiąc złotych przy kolejnej kontroli, nieważne, czy jest do tego podstawa czy nie, byle tylko mieć święty spokój. Jeśli to się w naszym środowisku nie zmieni, to dalej będziemy traktowani w taki sposób, jak jesteśmy. Przedsiębiorcy nie zdają sobie sprawy, że każdego może dotknąć nieszczęście w postaci aresztu tymczasowego. Mamy w Radzie Przedsiębiorców człowieka, który został aresztowany na trzy miesiące. W tym czasie zniszczono mu wszystkie firmy. A trafił do aresztu na podstawie oskarżenia kogoś, kto był aresztowany wcześniej i zachęcany do tego, żeby wskazać wspólników do swojego interesu w zamian za łagodne potraktowanie. Chodzi zatem nie tylko o możliwości kontroli, kar, utrudniania działalności, lecz także w skrajnych przypadkach utratę całego majątku i dobrego imienia.

Jako praktyk nie ma pan wrażenia, że w Polsce mamy do czynienia z systemowym niszczeniem przedsiębiorczości i przedsiębiorców ze strony państwa, bez względu na to, czy rządzi Koalicja Obywatelska czy PiS, Tusk czy Morawiecki? Jak wytłumaczyć takie działanie? Przecież państwo żyje z przedsiębiorców.

Ta praktyka wiąże się z potrzebą wyssania od przedsiębiorców jak największej ilości pieniędzy, bo przecież politycy muszą mieć środki na przekupywanie elektoratu. Dlatego od urzędników wymaga się wyciągnięcia maksymalnie dużo kasy z firm za wszelką cenę, nie patrząc, czy są do tego podstawy prawne. Sprawy toczą się potem w sądach wiele lat, a rozstrzygnięcia zapadają często wtedy, kiedy już rządzi ktoś inny. Można tak robić bezkarnie, bo urzędnicy w Polsce nie odpowiadają swoim majątkiem za decyzje sprzeczne z prawem. Ponadto to efekt gestów w stronę lewej strony sceny politycznej, poprzez komplikowanie stosunków pracy, jak w świeżej sprawie B2B, a wcześniej Polskiego Ładu, gdzie za podniesienie składki zdrowotnej mieli zapłacić ci, którzy jeżdżą Porsche i Mercedesami. Te rzeczy się nakładają, czyli potrzeba wyciągania kasy z firm, najlepiej od razu, nie patrząc na skutki, bo później nie wiadomo, czy będziemy jeszcze rządzili. I rzecz druga, czyli chęć przypodobania się części elektoratu, o roszczeniowym nastawieniu, który chciałby dobrze żyć, ale bez ciężkiej pracy, oszczędzania i wyrzeczeń.

Czy w wolnej gospodarce państwo powinno gwarantować płacę minimalną?

W sprawie płacy minimalnej trwa dyskusja także w naszym środowisku. Niektórzy uważają, że jest to potrzebne, ale obecnie stosunek płacy minimalnej do średniej jest zbyt wysoki, bo przekracza 50 proc. Inni, do których zaliczam się także ja, uważają, że płaca minimalna krzywdzi tych najsłabszych. Gdzieś na prowincji, gdzie sytuacja gospodarcza jest zupełnie inna, jest zdecydowanie mniej pieniędzy na rynku, ustalanie jednej płacy minimalnej dla całego kraju powoduje, że tam są zamykane firmy, a ludzie tracą pracę. W Polsce widać już exodus z interioru do dużych miast, co nie pomaga także mieszkańcom dużych miast, bo skutkuje wzrostem cen mieszkań i innymi niedogodnościami.

Jak pozbyć się kuli u nogi w postaci nawały regulacji i ciężarów, które krępują polską przedsiębiorczość? Rada Przedsiębiorców, którą pan kieruje, ma pomysł jak wyjść z tego klinczu?

To duży problem. Politycy boją się tylko siły, a ponieważ nie jesteśmy zjednoczeni i nie mamy takiej siły nacisku jak związki zawodowe czy różne grupy zawodowe, jak pielęgniarki czy rolnicy, jesteśmy marginalizowani. Traktuje się nas jak grupę, od której zawsze można wyciągnąć kasę, nie przejmując się skutkami tego działania. Jedyny skuteczny sposób przeciwdziałania temu to zrzeszać się w organizacje i próbować stworzyć własną reprezentację polityczną bądź wesprzeć tych polityków, którzy myślą tak jak my. Tacy ludzie są we wszystkich partiach, jest to obecnie grupa mniejszościowa, która jest marginalizowana, ale ona istnieje. Ci politycy rozumieją, że tym, co daje społeczeństwu dobrobyt, są praca i oszczędzanie, a nie rozdawnictwo pieniędzy i nieróbstwo.

Nie sądzi pan, że problemy polskich przedsiębiorców usunąłby prosty środek legislacyjny w postaci przywrócenia ustawy Wilczka, oczywiście w wersji 2.0? Czy taki ruch nie uwolniłby znów polskiej gospodarki, jak stało się to w 1988 r?

Oczywiście, że tak. Ciekawe, że mówi tak prawie każda partia, która dochodzi do władzy. Obiecują wrócić do prostych zasad rozliczeń i przywrócić pełną deregulację, a później robią dokładnie odwrotnie. Uproszczenie danin dla małych firm pozwoliłoby im na ogromny skok rozwojowy, coś na kształt Wielkiej Brytanii, gdzie obciążenia małych firm ograniczone są do minimum. Rząd się cieszy, że obywatel sam pracuje na swoje utrzymanie, a nie bierze zasiłki czy ćpa gdzieś na ulicy. Rzecz druga, czyli przyjęcie zasady, że wszystkie niejasności w prawie czy postępowaniach gospodarczych interpretowane są na korzyść obywatela. Ktoś może powiedzieć, że od tego są sądy. Tak, tyle że powszechnie wiadomo, jak działa, a raczej nie działa nasz system sprawiedliwości. Urzędnicy wyciskają z firm pieniądze, sprawy toczą się po kilka lat, a w tym czasie przedsiębiorcy upadają. Dlatego system powinien być zreformowany przynajmniej w odniesieniu do małych firm w kierunku ustawy Wilczka, czyli uproszczenia rozliczeń, ograniczenia kontroli, przyjęcia zasady, że niejasności w prawie zawsze interpretowane są na korzyść obywatela. Niestety – jak już powiedziałem – dziś wszystko idzie w przeciwnym kierunku.

Poziom skomplikowania, który wiąże się z wprowadzaniem Krajowego Systemu e-Faktur, moim zdaniem doprowadzi do wielkiego kolapsu tego systemu. Rządzący Polską są zupełnie oderwani od rzeczywistości, nie mają pojęcia, jak działa w praktyce mały biznes. Rzeczy, które są dziś oczekiwane od pana Janka, właściciela warsztatu samochodowego gdzieś pod Olsztynem czy Rzeszowem, są dla niego nie do spełnienia. Nie będzie rejestracji wymaganych przez KSeF, nie będzie opłacania danin – twierdzi prof. Modzelewski, ostrzegając przed takim scenariuszem. Jego diagnoza jest moim zdaniem bardzo realna. Jeśli rządzący się z tego nie wycofają i nie zwolnią małych firm z tego obowiązku, to zderzą się z tymi samymi skutkami, co PiS przy wprowadzaniu Polskiego Ładu.

Rozmawiał: Ryszard Gromadzki

Zakaz sprzedaży piwa? Adam Abramowicz w wywiadzie dla „Do Rzeczy” o kontrowersyjnych zapisach

– Czy jest to błąd, choć byłby on naprawdę karygodny? Czy jest to jednak zamierzone działanie? – zastanawia się Adam Abramowicz, prezes Organizacji Pracodawców Rady Przedsiębiorców w odniesieniu do projektów Lewicy i Polski 2050, w wywiadzie udzielonemu redakcji „Do Rzeczy”.

Chodzi o dwa projekty nowelizacji ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Pierwszy z nich przygotowali posłowie Lewicy. Całkowicie zakazuje on reklamy wszystkich napojów alkoholowych, w tym piwa, oraz zakazuje sprzedaży alkoholu na stacjach paliw i w godzinach nocnych na terenie całego kraju. Drugi projekt, przygotowany przez posłów Polski 2050, również całkowicie zakazuje reklamy alkoholu, a ponadto przyznaje gminom większe uprawnienia do wprowadzania godzinowego zakazu sprzedaży alkoholu i podnosi opłaty za uzyskanie zezwolenia na sprzedaż alkoholu.

Tyle tylko, że wśród projektów „zaszyto” jednak zastanawiające zapisy – jak choćby ten, który eliminuje całą kategorię piwa ze sprzedaży w małych sklepach. Trudno uciec od pytania, czy jest to błąd i pomyłka legislacyjna, czy też raczej celowe działanie lub gra konkurencyjna, która ma zmienić strukturę handlu. W przeszłości wielokrotnie wskazywano, że prace nad ustawą o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi wykorzystywane są do rozgrywek branżowych, przesunięć struktury handlu i spożycia alkoholu. Skąd więc takie zapisy w poselskich projektach?

Redakcja „Do Rzeczy” poprosiła o komentarz do tych projektów byłego rzecznika MŚP Adama Abramowicza, obecnie prezesa Organizacji Pracodawców Rady Przedsiębiorców, która rozesłała do parlamentarzystów szczegółową analizę. – Po pierwsze, są to projekty poselskie, a wiemy też, że pracuje nad tym rząd, więc mamy tu bardzo dziwny tryb. Wiadomo, że oba projekty i tak przez Sejm nie przejdą teraz, bo będą skierowane do komisji i będą czekały na projekt rządowy. W mojej ocenie jest to więc robione bardziej dla publiczności. Nie zmienia to faktu, że oba te projekty są fatalne i zawierają błędy – wskazuje.

Przykładowo projekt Lewicy zakazuje m.in. małym sklepom spożywczym (w tym sklepom osiedlowym) sprzedaży piwa i napojów niskoalkoholowych, choć sklepy te nadal będą mogły sprzedawać wódkę i inne napoje wysokoprocentowe (w tym małpki). Jednocześnie to, co będzie zakazane dla małych sklepów, będzie przy tym dopuszczalne dla sklepów wielkopowierzchniowych (powyżej 200 m2). – Na skutek takich zapisów z małych sklepów znika piwo. To problem nie tylko dla konsumentów, ale i dla samych właścicieli. Jak można zapisać, że się eliminuje sprzedaż piwa z małych placówek? Pojawia się pytanie, czy jest to błąd? Byłby to naprawdę karygodny. Czy jest to jednak zamierzone tak aby konsumenci kupowali piwo w dyskontach? – zastanawia się Abramowicz.

Polecamy przeczytać cały artykuł TUTAJ

Stanowisko Rady Przedsiębiorców do poselskich projektów ustaw o wychowaniu w trzeźwości

Sejm rozpoczyna procedowanie dwóch projektów poselskich: Lewicy i PL2050 dotyczących ograniczania spożycia alkoholu. Prezentujemy poniżej stanowisko Rady Przedsiębiorców do obu tych projektów.

Posłowie wpadli na „genialne” pomysły, np. chcą spowodować, aby piwo mogło być sprzedawane tylko na wydzielonych stoiskach i zamieścili definicję, że wydzielone stoisko może być tylko w sklepie o pow. powyżej 200 m2. Zechcesz zrobić grilla w ogrodzie, to po piwo będziesz musiał jechać do supermarketu, ale po flaszkę będzie blisko, bo będzie dostępna w małym sklepie obok. Na stacji benzynowej już żadnego alkoholu nie kupisz, posłowie zadbali o twoją kieszeń, bo tam jest przecież drożej niż w małym sklepie obok i drożej niż w supermarkecie, więc po co masz przepłacać? Zaraz, w sklepie obok nie kupisz piwa, ale wino i wódkę owszem, na stacji benzynowej nie kupisz już nic, a w supermarkecie będzie wszystko. Może i dobrze, bo gdzie oddasz puszki z kaucją? Oddasz właśnie tam. Jak widzicie, wszystkie drogi prowadzą do… Rzymu, tzn. do miejsca, gdzie masz robić zakupy.

Stanowisko Organizacji Pracodawców Rada Przedsiębiorców dot. poselskich projektów ustaw o wychowaniu w trzeźwości

Coraz trudniejsza sytuacja sektora MŚP. Prezes Rady Przedsiębiorców w programie „Punkt widzenia Jankowskiego”

Perspektywy w 2026 roku nie napawają optymizmem. Wszystko wskazuje na to, że będzie to jeszcze trudniejszy od poprzedniego rok dla polskich przedsiębiorców z sektora MŚP.

O prognozach gospodarczych, fatalnej sytuacji budżetowej Polski i zmianach makroekonomicznych rozmawiali goście programu „Punkt widzenia Jankowskiego” w Polsat News. Jednym z ekspertów był Adam Abramowicz, prezes Rady Przedsiębiorców. Zachęcamy do obejrzenia programu:

Rządowe pomysły, które dyskryminują przedsiębiorców i łamią Konstytucję. Prezes Abramowicz w Radiu WNET

Prezes Rady Przedsiębiorców Adam Abramowicz gościł w audycji ZWARCIE w Radiu Wnet, gdzie red. Wojciech Surmacz wyliczał populistyczne projekty rządowe, uderzające w małych i średnich polskich przedsiębiorców. Jednym z takich absurdalnych i szkodliwych projektów jest populistyczny pomysł zakazu sprzedaży alkoholu na stacjach paliw.

Tutaj gra toczy się tak naprawdę nie o przeciwdziałanie skutkom alkoholizmu i zapobieganiu jazdy na podwójnym gazie, ale o koncesje do przejęcia, te, które rząd zamierza pozbawić stacji paliw. To dyskryminowanie jednej grupy przedsiębiorców kosztem innej, co jest jawnym łamaniem Konstytucji – mówił prezes Rady Przedsiębiorców.

Zachęcamy do wysłuchania wszystkich wypowiedzi Adama Abramowicza z tej audycji:

Nasz głos w sejmowej dyskusji na temat planowanych zmian dotyczących krajowego systemu cyberbezpieczeństwa

Podczas posiedzenia sejmowej Komisji Cyfryzacji, Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii prezes Rady Przedsiębiorców Adam Abramowicz oraz członek naszej społeczności Karol Skupień tłumaczyli, dlaczego kolejne nadregulacje poważnie zagrażają naszemu cyberbezpieczeństwu.

Jeżeli przejdzie obecna wersja projektu, może się okazać, że nie tylko operatorzy telekomunikacyjni, ale też np. firmy komunalne, stacje benzynowe, służba zdrowia i inne (18 branż) będą ponosić olbrzymie koszty wymiany sprzętu, który obecnie używają. Projekt nie zawiera analizy skutków na sektor MSP, czego wymaga Prawo Przedsiębiorców.

Dzisiaj jest około 3 tys. firm telekomunikacyjnych. 99,5 % to sektor MSP z polskim kapitałem. Taka rozproszona struktura jest dużo bardziej bezpieczna niż sieć kilku podmiotów. Jeżeli telekomunikacyjne firmy MŚP z powodu nagłego wzrostu kosztów zaczną się zamykać, to bezpieczeństwo się zmniejszy. Organizacje reprezentujące korporacje (w tym Eriksona i Nokię), które mogą najbardziej skorzystać z ustawy, entuzjastycznie wspierają ten projekt i wzywają do jak najszybszego wprowadzenia proponowanych przez rząd rozwiązań.

Podczas okrągłego stołu w sprawie polityki alkoholowej broniliśmy zdrowego rozsądku i przestrzegania Konstytucji

Z inicjatywy Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju w Sejmie RP odbył się okrągły stół poświęcony kierunkom polityki alkoholowej w Polsce. W debacie wzięli udział przedstawiciele parlamentu, administracji rządowej, środowisk eksperckich, organizacji pozarządowych oraz branż regulowanych. Dyskusja skoncentrowała się na ocenie projektowanych zmian w ustawie o wychowaniu w trzeźwości – ich skuteczności, proporcjonalności oraz zgodności ze standardami racjonalnego stanowienia prawa – wraz ze wskazaniem rozwiązań, które rzeczywiście mogą ograniczyć szkody zdrowotne i społeczne, wynikające z nadużywania alkoholu. Wśród zaproszonych gości byli również przedstawiciele Rady Przedsiębiorców.

W pierwszej części spotkania przedstawiono wnioski z analizy FOR. Wynika z nich, że wbrew obiegowym narracjom spożycie alkoholu w Polsce w ostatnich latach maleje. W 2023 roku wyniosło 8,93 litra czystego alkoholu na mieszkańca, a w 2024 roku 8,77 litra – to najniższy poziom od 2005 roku. Jednocześnie w dłuższej perspektywie spada liczba wypadków drogowych z udziałem osób nietrzeźwych: z ok. 7–9 tysięcy rocznie na początku wieku do niecałych 2 tysięcy obecnie. Uczestnicy podkreślali, że te dane nie oznaczają, iż problem został rozwiązany, gdyż koszty zdrowotne i społeczne alkoholu nadal są bardzo wysokie, jednocześnie pokazując, że debata powinna opierać się na faktach, a nie na emocjach czy pojedynczych, nagłaśnianych przypadkach.

Krzysztof Budka, dyrektor Biura Zarządu Rady Przedsiębiorców, zwrócił uwagę na to, że tak naprawdę wszystkie trzy projekty (dwa poselskie: Lewicy oraz Polski2050 oraz projekt rządowy) dotyczące zakazu sprzedaży alkoholu na stacjach paliw oraz zakazu promocji i reklamy alkoholu – choć ubrane w szaty walki ze skutkami alkoholizmu i pijanymi kierowcami – są klasyczną pułapką, która ma odwrócić uwagę od rzeczywistego celu, jakim jest przekierowaniu kanału sprzedaży alkoholu i lobbing za uwolnieniem przyznanych koncesji. Niestety, duża część opinii publicznej daje się na to nabrać. Poza tym projekt ustawy, który wprowadza dyskryminację jednej grupy przedsiębiorców (w tym przypadku właścicieli stacji paliw) kosztem innej grupy (np. właścicieli sieci detalicznych, którzy skorzystaliby na wprowadzeniu tych regulacji) naszym zdaniem nie może być zgodny z Konstytucją.

Adam Abramowicz w Polsat News o tym, do czego prowadzi polityka polegająca na zaciskaniu pętli na szyi przedsiębiorców

Prowincja się wyludnia. Młodzi ludzie wyjeżdżają do pięciu największych ośrodków miejskich. Nie chcą przejmować po rodzicach firm zakładanych w latach 90. ani zakładać nowych, widząc, w jaki sposób w Polsce urzędnicy i politycy traktują małych przedsiębiorców. Taki jest efekt polityki, która od bez mała trzydziestu lat polega na zaciskaniu pętli na szyi przedsiębiorców.

O tym m.in. prezes Rady Przedsiębiorców Adam Abramowicz mówił w programie „Punkt widzenia Jankowskiego” w Polsacie News. Zachęcamy do obejrzenia:

ZUS odpowiada na nasze pismo dotyczące konfiskaty 350 000 zł zgromadzonych jako kapitał emerytalny

Poniżej publikujemy pismo, które otrzymaliśmy od ZUS jako odpowiedź na nasz apel. Chodzi o słynną sprawę nagłośnioną przez media, dotyczącą p. Aldony, księgowej, której ZUS w swoim mniemaniu zgodnie z prawem skonfiskował 350 000 zł zgromadzonych jako kapitał emerytalny przez 19 lat pracy:

Odpowiedź z ZUS w sprawie pisma OPRP

Tutaj nasze pismo do prezesa ZUS w tej sprawie:

Pismo_OPRP_do_Prezesa_ZUS

Komu przeszkadza kawa w automatach i dlaczego płacimy tak dużo za plastikowe kubki? Nasz apel o rozsądek i zmiany w prawie

Apelujemy o rezygnację z zakazu sprzedaży kawy i pozostawienie decyzji szkolnym organom w porozumieniu z radami rodziców i samorządem uczniowskim – postuluje Organizacja Pracodawców Rada Przedsiębiorców. To reakcja na propozycję projektu nowego rozporządzenia Ministerstwa Zdrowia, które zakłada wprowadzenie całkowitego zakazu sprzedaży kawy na terenie jednostek systemu oświaty, bez względu na formę sprzedaży oraz wiek kupującego.

 

„Jako organizacja zrzeszająca polskich przedsiębiorców z branży vendingowej pragniemy przedstawić nasze zastrzeżenia do procedowanego projektu, zgodnie z którym ma zostać wprowadzony zakaz sprzedaży kawy w każdej formie na terenie jednostek systemu oświaty, ograniczenie sprzedaży innych produktów oraz ograniczenie zawartości cukru w produktach przygotowywanych na miejscu. Regulacja ta doprowadzi do licznych paradoksów i nieuzasadnionych ograniczeń, które mogą mieć negatywny wpływ zarówno na bezpieczeństwo uczniów, jak i na sytuację lokalnych małych i średnich firm” – zaznacza w stanowisku skierowanym do Ministerstwa Zdrowia Adam Abramowicz, były rzecznik MŚP, obecnie prezes Organizacji Pracodawców Rada Przedsiębiorców.

Ma on na myśli przede wszystkim około 400 firm z branży vendingowej, które dają zatrudnienie ponad 3 tys. osobom i z których zdecydowana większość to przedsiębiorstwa polskie, rodzinne i małe. Automaty vendingowe, których jest w naszym kraju ok. 80 tys., bardzo dobrze korespondują m.in. z charakterem funkcjonowania szkół (długie godziny pracy, krótkie przerwy, ograniczona możliwość opuszczenia placówki, niska cena przeciętnego produktu). 

Przedsiębiorcy zwracają uwagę, że we wspomnianej regulacji projektodawca posłużył się terminem „system oświaty”, w którym brak jest rozgraniczeń pomiędzy rodzajami szkół. Obejmuje ono szerokie spektrum placówek: od przedszkola do techników czy liceów. – Nie rozumiemy, dlaczego projektodawca włożył wszystkich do jednego worka. Szczególnie problematyczny jest fakt, że zakaz dotyczy również szkół ponadpodstawowych, gdzie około 50 proc. uczniów stanowią osoby pełnoletnie, które posiadają już znaczny poziom samodzielności i prawo do podejmowania własnych decyzji zakupowych. Sporą część klientów w placówkach oświaty stanowi także kadra nauczycielska oraz pracownicy, którzy wobec wejścia w życie przepisów rozporządzenia zostaną bezzasadnie pozbawieni możliwości zakupu wspomnianego produktu – argumentuje Adam Abramowicz.     

Warto zdać sobie sprawę, że – jak podkreślają przedstawiciele branży vendingowej – kawomaty występują głównie w szkołach ponadpodstawowych, natomiast w szkołach podstawowych mają charakter incydentalny i stanowią maksymalnie 2 proc. tego typu automatów. „Dzieci w szkołach podstawowych generalnie nie piją kawy oraz nie są grupą docelową przedsiębiorców z branży vendingowej. Instalacja automatów z kawą w tych szkołach następuje jedynie na wyraźne życzenie dyrekcji, rady rodziców lub innych organów szkoły, co wskazuje na świadome i przemyślane decyzje podejmowane przez odpowiedzialne osoby” – zwraca uwagę w piśmie do Ministerstwa Zdrowia Organizacja Pracodawców Rada Przedsiębiorców.

– Wspomniany zakaz uzasadniany jest troską o zdrowie uczniów z powodu rzekomej tendencji wzrostowej dotyczącej spożycia kawy wśród dzieci i młodzieży. Doświadczenie praktyczne wykazuje jednak, że ograniczenia w ofercie szkolnych punktów sprzedaży nieuchronnie prowadzą do zjawiska tzw. „zakazanego owocu”. Młodzież, nie znajdując w szkole produktów, którymi jest zainteresowana, a które są dostępne w legalnej sprzedaży w każdy innym punkcie handlowym, opuszcza teren placówki w czasie przerw i zaopatruje się w pobliskich sklepach, co przecież naraża ją na niebezpieczeństwo związane z wyjściem z budynku szkolnego. Poza tym regulacje wprowadzone wyłącznie w stosunku do grupy przedsiębiorców prowadzących sklepiki, bufety szkolne czy działalność vendingową dyskryminują tę grupę, znacząco zmniejszając konkurencyjność działalności względem innych podmiotów. Przecież młodzież będzie mogła nabyć każdy z produktów, których sprzedaż w szkole jest zakazana, w dowolnej placówce handlowej poza szkołą bez jakichkolwiek ograniczeń, co postawi te firmy handlowe w uprzywilejowanej pozycji rynkowej – tłumaczy Szymon Grunwald z Polskiego Stowarzyszenia Vendingu. 

– Nie ulega żadnych wątpliwości, że wprowadzenie zakazu sprzedaży kawy będzie miało negatywny wpływ na lokalny rynek pracy, gdyż przedsiębiorcy obsługujący sektor edukacji mogą zostać w efekcie restrykcyjnych przepisów zmuszeni do likwidacji części etatów lub zamknięcia firmy. W kontekście rządowych deklaracji wspierania sektora MŚP, regulacja ta wydaje się sprzeczna z polityką gospodarczą państwa, ponieważ zakaz zagraża egzystencji tych przedsiębiorstw i zatrudnianych przez nie osób – dodaje Adam Abramowicz.

„Mając na uwadze powyższe argumenty, postulujemy o rezygnację z zakazu sprzedaży kawy i pozostawienie decyzji organom szkoły w porozumieniu z radami rodziców i samorządem uczniowskim, którzy podejmują decyzje o ofercie automatów vendingowych w zależności od specyfiki i potrzeb danej placówki. Zwracamy się do Pani Minister z uprzejmą prośbą o takie ukształtowanie przepisów, które nie ograniczałyby nadmiernie praw młodzieży uczącej się w szkołach ponadpodstawowych ani nie wprowadzały nieproporcjonalnych barier dla lokalnych przedsiębiorców. Uważamy, że przepisy powinny być sformułowane w sposób proporcjonalny i racjonalny, uwzględniający rzeczywiste zagrożenia oraz specyfikę różnych grup wiekowych” – apeluje do resortu zdrowia Organizacja Pracodawców Rada Przedsiębiorców.

Planowany zakaz sprzedaży kawy w całym systemie oświaty to nie jedyna regulacja mająca negatywny wpływ na branżę vendingową. Kawę z automatów podaje się w kubkach i – jak się okazuje – pod tym względem firmy vendingowe również napotykają na regulacyjną dyskryminację. Chodzi o tzw. dyrektywę SUP (Single Use Plastics), mającą na celu ograniczenie stosowania tworzyw sztucznych. Przyjęta w rozporządzeniu Ministra Klimatu i Środowiska konstrukcja opłaty, zrównująca kubki papierowe zawierające minimalną domieszkę plastiku, niekiedy sięgającą zaledwie kilka procent, z kubkami wykonanymi w całości z tworzywa sztucznego, prowadzi do sytuacji głęboko niespójnej z intencjami ustawodawcy. W konsekwencji bardziej opłaca się stosowanie tańszych, w pełni plastikowych kubków, niż inwestowanie w nowoczesne, technologicznie zaawansowane rozwiązania o znacznie mniejszej zawartości tworzyw sztucznych. Na to również zwraca uwagę Organizacja Pracodawców Rada Przedsiębiorców. Jej prezes Adam Abramowicz w piśmie skierowanym do minister klimatu i środowiska Pauliny Hennig-Kloski zaznacza, że taki stan prawny tworzy zjawisko tzw. „efektu odwrotnego”, w którym regulacja – zamiast promować produkty bardziej ekologiczne – utrwala przewagę rynkową rozwiązań mniej przyjaznych środowisku.    

W innych państwach UE funkcjonują przepisy znacznie lepiej dostosowane do realiów rynkowych i celów środowiskowych. W Niemczech kubek w 95% papierowy klasyfikowany jest do frakcji papierowej. We Francji możliwe jest stosowanie kubków o zawartości do 8% plastiku bez ponoszenia opłat wynikających z dyrektywy SUP. W Hiszpanii czy Włoszech obowiązuje podatek od jednorazowych produktów z plastiku na poziomie około 0,45 €/kg. Przy przeciętnej wadze kubka oznacza to koszt ok. 1 grosza za sztukę, podczas gdy w Polsce opłata ta wynosi aż 20 groszy. Belgia z kolei podejmuje decyzje etapowo, wprowadzając progi ograniczenia zawartości plastiku w kubkach: kubki z zawartością plastiku co najmniej 10% zostaną zakazane od 2026 r., co najmniej 8% od 2028 r., a 3% od 2030 r. Rynek już oferuje kubki z plastikiem na poziomie 5%, a tamtejszy ustawodawca promuje stopniową redukcję zamiast natychmiastowego zakazu. Natomiast w Portugalii nie ma zcentralizowanej opłaty SUP na poziomie krajowym. Państwo pod tym względem pozostawia autonomię poszczególnym gminom. Na tym tle stawka obowiązująca w Polsce, czyli 20 gr od sztuki – stosowana bez względu na to, czy produkt zawiera 1% plastiku, czy też 100% – jawi się jako nie tylko niesprawiedliwa, ale także sprzeczna z celem regulacji, jakim jest ograniczenie polimerów w gospodarce. 

„Wskazujemy, że w przypadku kubków na napoje całkowite wyeliminowanie polimerów jest praktycznie niemożliwe z uwagi na konieczność zachowania właściwości technicznych, pozwalających utrzymywać płyny. Dlatego też obowiązująca konstrukcja obciąża w szczególności tych przedsiębiorców, którzy inwestują w nowoczesne, droższe materiały, a mimo to muszą ponosić takie same obciążenia jak ci, którzy pozostali przy tanich, w całości plastikowych rozwiązaniach. Postulujemy zatem wprowadzenie zróżnicowanych stawek opłaty w zależności od rzeczywistej zawartości plastiku w kubku. Rozwiązanie takie byłoby sprawiedliwe i proporcjonalne. Stworzyłoby także realny bodziec dla przedsiębiorców do sięgania po rozwiązania bardziej ekologiczne, wspierając rozwój innowacyjnych technologii opakowaniowych. Nasz postulat wpisuje się w cele deregulacyjne obecnego rządu, a także w Strategię Gospodarczą dla Polski, przedstawioną 10 lutego 2025 r. przez Premiera Donalda Tuska, której centralnym punktem jest ograniczanie barier blokujących rozwój przedsiębiorczości i innowacji” – uzasadnia Organizacja Pracodawców Rada Przedsiębiorców w piśmie do Ministerstwa Klimatu i Środowiska.