Projekt nowelizacji ustawy o KSeF przygotowany przez Radę Przedsiębiorców trafił do Sejmu!

Podczas czwartkowego posiedzenia Parlamentarnego Zespołu na rzecz Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego przedstawiciele Organizacji Pracodawców Rada Przedsiębiorców zaprezentowali przygotowany przez swoich ekspertów projekt nowelizacji Ustawy z dnia 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług, który wprowadza zmianę terminu obowiązku KSeF dla mikroprzedsiębiorców. – Pod projektem podpisało się 21 posłów klubu Prawo i Sprawiedliwość oraz poseł Paweł Kukiz z koła Demokracja Bezpośrednia. W trybie pilnym został on w piątek złożony w Sejmie. Rada Przedsiębiorców wysłała apel do Marszałka Włodzimierza Czarzastego, by jak najszybciej umożliwił  jego procedowanie. Czasu na wprowadzenie nowelizacji pozostało niewiele, bo Sejm musiałby ją przyjąć najpóźniej w marcu – mówi Adam Abramowicz, prezes Organizacji Pracodawców Rada Przedsiębiorców, w latach 2018-2024 rzecznik MŚP.

Za dwa tygodnie, 1 kwietnia 2026 r. – według obowiązujących przepisów – ma wejść w życie obowiązek dołączenia do KSeF (Krajowy System e-Faktur) zdecydowanej większości firm z sektora MŚP. Rada Przedsiębiorców zaapelowała tydzień temu do wszystkich klubów i kół poselskich o przedłożenie w Sejmie i poparcie nowelizacji, która przesuwa obowiązek KSeF dla mikrofirm o kolejne dwa lata. – Podkreślam, że chodzi o przesunięcie obowiązku. Jeśli dana firma chce korzystać z tego systemu już teraz, to oczywiście będzie miała do tego prawo. Chcemy, by przez najbliższe dwa lata KSeF był dla mikroprzedsiębiorców dobrowolny – mówi Adam Abramowicz. – Nasz projekt jest całkowicie apolityczny, ponad podziałami partyjnym, dlatego liczymy na to, że zyska on poparcie nie tylko posłów Prawa i Sprawiedliwości, ale również parlamentarzystów z innych ugrupowań – dodaje prezes Rady Przedsiębiorców.

Wnioskodawcy nowelizacji podkreślają w uzasadnieniu, że dla bardzo dużej grupy mikrofirm obowiązek KSeF wiąże się z poniesieniem dodatkowych wysokich kosztów związanych z wdrożeniem oraz funkcjonowaniem tego systemu. „Są przedsiębiorcy, którzy od początku prowadzenia działalności gospodarczej wystawiają faktury ręcznie, do czego mają oczywiście prawo. Nie odnajdują się w świecie transformacji cyfrowej, co nie oznacza, że nie są wartością dodaną dla gospodarki. Od lat z powodzeniem rozwijają własny biznes zapewniający im oraz ich rodzinom byt, a także zatrudnienie dla innych. Dla wielu z tych przedsiębiorców KSeF będzie niestety motywacją do zamknięcia firm, co negatywnie odbije się nie tylko na nich samych, lokalnych społecznościach, w których żyją, ale przede wszystkim na gospodarce całego naszego kraju” – czytamy w uzasadnieniu poselskiego wniosku.

Wnioskodawcy dodają również, że przedłużenie terminu obowiązku KSeF dla mikroprzedsiębiorców nie wpłynie w znaczący sposób na plany dodatkowego uszczelnienia luki w podatku VAT, bowiem aparat skarbowy dysponuje wystarczającymi narzędziami kontroli w tym aspekcie: mechanizmem podzielonej płatności, tzw. białą księgą, deklaracjami JPK, a do tego resort finansów planuje przywrócenie tzw. należytej staranności po stronie płacącego fakturę i przedłużenie okresu przedawnienia. „Nie ma więc żadnej potrzeby, by w celu uszczelniania luki w podatku VAT obciążać dodatkowymi kosztami i obowiązkami rzeszę mikroprzedsiębiorców, którzy swoją ciężką pracą walnie przyczyniają się do rozwoju gospodarczego Polski” – czytamy w uzasadnieniu projektu.

– Przygotowana przez naszą organizację nowelizacja ustawy to nie tylko koło ratunkowe dla wielu mikrofirm, ale także dla Ministerstwa Finansów i całego państwa. Nie zapominajmy, że już na samym początku działania KSeF doszło do ogromnego obciążenia systemu, mimo iż zarejestrowało się do niego dopiero 150 tys. firm. Co się stanie, gdy dołączą do niego kolejne dwa miliony, które – według obowiązującej ustawy – są do tego zobowiązane? Grozi nam wszechobecny chaos, potęgujący niepotrzebny stres wśród wielu przedsiębiorców i urzędników, brak płynności finansowej zarówno po stronie firm, jak i budżetu państwa, a w efekcie zapaść gospodarcza. Dlatego każdy parlamentarzysta, któremu zależy na rozwoju gospodarczym i normalnym funkcjonowania państwa, powinien ten projekt poprzeć – dodaje Adam Abramowicz, prezes Rady Przedsiębiorców.

KSeF to stosunek państwa do obywateli, czyli rozmowa głuchego ze ślepym o kolorach

Jest oczywiste dla każdego, kto czytał konstytucję i wie choć kilka zdań o KSeF, że jest to ustawa niezgodna z tym aktem prawnym. Wiedzą to politycy, elita prawnicza, sędziowie, RPO, media, organizacje pracodawców, ale krytykują KSeF w taki sposób, aby nie mówić o sprawach zasadniczych, czyli tak, aby problemu nie rozwiązać. Nie analizuje się tego, jak mogło dojść do tego, że parlament taki bubel uchwalił, a prezydent podpisał. Nie wskazuje się też istniejącej w polskim porządku prawnym procedury do wycofania KSeF, czyli stwierdzenie przez Trybunał Konstytucyjny, że przepisy te są niezgodne z konstytucją.

Powszechnie panuje pogląd, że jak państwo wprowadziło jakieś przepisy, to się z nich nie wycofa, bo nie. W ten sposób pokazałoby, że podejmuje niezbyt mądre decyzje. Przyznanie się do błędu byłoby pokazaniem słabości rządzących. Zwłaszcza w obszarze praw i obowiązków obywateli, w szczególności nakładania obowiązków. Tym bardziej, że stosowane do tej pory metody apelowania i proszenia jej o to, aby się zlitowała i przyznała do błędu, są anachroniczne i nieskuteczne. Nie korzystano do tej pory z bezzwłocznego skierowania do TK wniosku o stwierdzenie niezgodności z konstytucją wprowadzanego prawa. A uprawnionych do tego organów jest kilka.

Oglądamy więc od tygodni spektakl pod tytułem rozmowa głuchego ze ślepym o kolorach.
Zdecydowana większość zwłaszcza małych i średnich przedsiębiorców, z których utrzymywane jest państwo, nie kryje strachu i rozpaczy w związku z bezmyślnym i bezsensownym wprowadzeniem na szybko na siłę KSeF. Przedstawia setki argumentów za tym, że KSeF jest nie tylko naruszeniem ich podstawowych praw i wolności, ale zmusza ich do wydawania więcej pieniędzy na rozliczenia z budżetem, zmusza ich do większej pracy jedynie dla wygody administracji. Wskazują, że system jest nieprzetestowany, co musi spowodować ogromne problemy, przy jakichkolwiek awariach, które muszą się zdarzać. I cała odpowiedzialność finansowa przerzucona została przez państwo na obywateli. A jest to odpowiedzialność za błędy, niedoróbki państwa, czyli chyba dla każdego jest to niedopuszczalne.
Przede wszystkim jednak samo wprowadzenie KSeF jest niezgodne konstytucją z prozaicznych powodów. Brak wystawiania i doręczania papierowych faktur jest z jednej strony potencjalnie krokiem w stronę nowoczesności, ale…

Ustawodawca całkowicie zapomniał o dostosowaniu do tego podstawowych przepisów kodeksowych. Kodeksu postępowania cywilnego, kodeksu postępowania karnego i prawa o postępowaniu przed sądami administracyjnymi. To kompromitujące państwo zaniechanie.

Przecież faktury wystawiane są jedynie przez prowadzących działalność gospodarczą, która jest działalnością świadomą i prowadzi się ją jedynie w celu osiągania zysku. Aby państwo mogło pobierać podatki z prowadzonej działalności, to konstytucyjnie zagwarantowało obywatelom/przedsiębiorcom ochronę ich majątku. Więc przedsiębiorcy muszą mieć skuteczny środek dochodzenia swych należności od kontrahentów.

Obowiązujące ciągle przepisy we wszystkich postępowaniach sądowych wymagają formy papierowej, a nie kopii jakiegoś rekordu z systemu informatycznego.

O tym ustawodawca zupełnie zapomniał. O tym, że w KSeF nawet nie można wykazać tego, że odbiorca otrzymał fakturę i jest zobowiązany do zapłaty i jaki jest jej termin. Więc dochodzenie tej zapłaty przed sądem jest niemożliwe. Poważna jest poszlaka, że rzeczywiście ustawodawca o tym zapomniał, ale nie widzi w tym problemu, bo przez lata problem jakoś się rozwiąże, a to, że w tym czasie doprowadzi wielu ludzi do bankructwa nigdy władzy nie przejmowało.

Doskonale wie o tym Rzecznik Praw Obywatelskich, bo wpływają do niego masowo skargi obywateli dotyczące tego, że KSeF narusza ich prawa. Po to został powołany RPO, aby będąc niezależnym od władzy organem chronić praw obywateli. Ma on uprawnienie do kierowania wniosków do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności z Konstytucją obowiązujących przepisów.

Fundacja Praw Podatnika wystąpiła do RPO, aby skorzystał z tego uprawnienia, gdyż w okolicznościach sprawy jest to niezbędne i konieczne. Jednak RPO uznał za wystarczające wystąpienie jednego z jego urzędników do… jednego z urzędników podległych ministrowi finansów i, co najciekawsze, zajmującego się podatkami dochodowymi, a przecież KSeF dotyczy przepisów o podatku VAT, na które do dziś nie otrzymał odpowiedzi.

Jeśli zaś chodzi o samego ministra finansów, to na wszystkie te argumenty we wszystkich telewizjach z uśmiechem na twarzy odpowiada, jak w słynnym skeczu „Jasiu, ucz się rozmowy z klientem”, w którym Jan Kobuszewski daje lekcję Wiesławowi Gołasowi zachowania hydraulika wobec niezadowolonego klienta, któremu od tygodni woda zalewa mieszkanie. Cała lekcja sprowadza się do tego, że klient nie ma racji, bo skoro zawór pękł, to woda musi płynąć z góry do dołu, „bo takie są prawa fizyki, których Pan nie zmienisz” (cytuję z pamięci). A tak ogólnie to BĘDZIE PAN ZADOWOLONY. W domyśle odpowiedź na pytanie kiedy – NIGDY.

Marek Isański – Fundacja Obrony Praw Podatnika, członek Rady Przedsiębiorców

Prawdziwy armagedon czeka nas w kwietniu? Przedstawiciele Rady Przedsiębiorców w audycji ZWARCIE

Czy KSeF to system totalnej kontroli? Czy w kwietniu powinniśmy się spodziewać armagedonu, jeśli chodzi o płynność finansową i obieg dokumentów gospodarczych? O projekcie nowelizacji ustawy, który zakłada przesunięcie obowiązku KSeF dla mikrofirm o dwa lata, przygotowanym przez ekspertów Rady Przedsiębiorców i przedłożonym w Sejmie przez grupę posłów klubu parlamentarnego PiS w audycji ZWARCIE w Radiu WNET z red. Wojciechem Surmaczem rozmawiali: Adam Abramowicz – prezes Rady Przedsiębiorców, Bartłomiej Lipczyński – przedsiębiorca i członek Rady Przedsiębiorców oraz poseł Andrzej Gawron – przewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego.

Zachęcamy do obejrzenia audycji:

KSeF – nowoczesne narzędzie, czy gospodarczy bigos? Prezes Rady Przedsiębiorców w Zachodnia TV

Czy Krajowy System ewidencji Faktur (KSeF) to nowoczesne narzędzie, czy gospodarczy bigos? Uderzy w najmniejszych przedsiębiorców czy przyniesie państwu należne pieniądze, a przedsiębiorcom sprawiedliwość? Od 1 kwietnia miliony mikrofirm mają zostać objęte nowym obowiązkiem. Tymczasem system budzi ogromne obawy o wydajność, koszty i bezpieczeństwo.

W programie ŚWIAT, W KTÓRYM ŻYJEMY w Zachodnia TV red. Robert Czepielewski pyta o KSeF Adama Abramowicza, prezesa Rady Przedsiębiorców i byłego Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców, jednego z tych przedsiębiorców domagającego się odroczenia obowiązku KSeF mikroprzedsiębiorstwom o dwa lata.

Zachęcamy do obejrzenia wywiadu:

KSeF dla mikroprzedsiębiorców zostanie przesunięty? Apelujemy do posłów o przyjęcie naszego projektu nowelizacji

Z apelem o przedłożenie w Sejmie i poparcie nowelizacji Ustawy z dnia 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług do posła Andrzeja Gawrona – przewodniczącego Parlamentarnego Zespołu na rzecz Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego oraz do wszystkich klubów i kół poselskich wystąpiła Organizacja Pracodawców Rada Przedsiębiorców. Projekt przygotowany przez ekspertów tej organizacji ma na celu zmianę terminu obowiązku KSeF dla mikroprzedsiębiorców. – Zaproponowaliśmy wydłużenie tego terminu o dwa lata. Czasu na wprowadzenie nowelizacji pozostało niewiele, bo Sejm musiałby ją przyjąć najpóźniej w marcu, ale płyną do nas sygnały od posłów, że jest szansa, by tak się stało. Dlatego przygotowaliśmy projekt zmian i wystąpiliśmy z oficjalnym apelem do wszystkich grup politycznych o poparcie tej nowelizacji – mówi Adam Abramowicz, prezes Organizacji Pracodawców Rada Przedsiębiorców, w latach 2018-2024 rzecznik MŚP.

„Dla bardzo dużej grupy mikrofirm obowiązek KSeF wiąże się z poniesieniem dodatkowych wysokich kosztów związanych z wdrożeniem oraz funkcjonowaniem elektronicznego systemu wystawiania i odbioru faktur. Są przedsiębiorcy, którzy od początku prowadzenia działalności gospodarczej wystawiają faktury ręcznie, do czego mają oczywiście prawo. Nie odnajdują się w świecie transformacji cyfrowej, co nie oznacza, że nie są wartością dodaną dla gospodarki. Od lat z powodzeniem rozwijają własny biznes zapewniający im oraz ich rodzinom byt, a także zatrudnienie dla innych. Dla wielu z tych przedsiębiorców KSeF będzie niestety motywacją do zamknięcia firm, co negatywnie odbije się nie tylko na nich samych, lokalnych społecznościach, w których żyją, ale przede wszystkim na gospodarce całego naszego kraju” – czytamy w apelu Organizacji Pracodawców Rada Przedsiębiorców (OPRP).

– Dla korporacji, czy też większych firm, które mają za sobą proces digitalizacji dokumentów, KseF jest jednym z kolejnych projektów, które należy wdrożyć i one sobie z tym w zdecydowanej większości poradzą. Natomiast dla małej firmy, czy też mikroprzedsiębiorcy, KSeF oznacza albo wzrost kosztów prowadzenia działalności gospodarczej, albo rezygnację z dalszego funkcjonowania. Docierają do nas informacje o tym, że kolejne mikrofirmy poddają się w tym roku i kończą swoją działalność, co jest bardzo przykre i ma negatywny skutek dla całej naszej gospodarki. Przypominam, że sektor MŚP to 50 proc. PKB i zapewnienie zatrudnienia dla ok. 80 proc. pracowników – zaznacza prezes Adam Abramowicz.

– Dostosowanie do KSeF to zarówno dodatkowe nakłady czasowe, jak i finansowe – dodaje Robert Bodendorf, wiceprezes Rady Przedsiębiorców. – Dla niektórych będzie to konieczność wygospodarowania kilku dodatkowych godzin oraz wzrost kosztów o kilkadziesiąt złotych miesięcznie, a w innych przypadkach będą to dziesiątki godzin i nawet dziesiątki tysięcy złotych. Jeśli przemnożymy te kwoty przez ok. 2 miliony małych i mikroprzedsiębiorców, którzy od 1 kwietnia mają obowiązkowo znaleźć się w KSeF, to okaże się, iż będą musieli oni wydać łącznie w tym roku miliardy złotych na ten pomysł – podkreśla.

Przedstawiciele Rady Przedsiębiorców zwracają również uwagę na to, że już na samym początku działania KSeF doszło do ogromnego obciążenia systemu, mimo iż zarejestrowało się do niego dopiero 150 tys. firm. „Można sobie tylko wyobrazić, co się stanie, gdy do KSeF dołączy kolejne dwa miliony firm, które – według obowiązującej ustawy – są do tego zobowiązane. Grozi nam wszechobecny chaos, potęgujący niepotrzebny stres wśród wielu przedsiębiorców i urzędników, brak płynności finansowej zarówno po stronie firm, jak i budżetu państwa, a w efekcie zapaść gospodarcza. By tego uniknąć, apelujemy o odroczenie obowiązku KSeF dla mikroprzedsiębiorców o kolejne dwa lata” – czytamy w apelu OPRP do parlamentarzystów.

– My, przedsiębiorcy codziennie wykonujemy ciężką pracę, która polega na zarządzaniu firmą, ratowaniu jej z trudnych sytuacji rynkowych, a także nieustającym rozwoju. Codziennie każdy z nas szuka sposobów na pozyskanie klientów i zamówień, analizuje i optymalizuje koszty, dba o płynność finansową, doskonali organizację pracy i zarządzanie zespołem, czuwa nad jakością produktów i usług, logistyką oraz sposobem obsługi klienta. Wystarczy nam stresów na co dzień. Kolejny, związany z chaosem dotyczącym wprowadzenia KSeF, w niczym nam absolutnie nie pomoże – zaznacza wiceprezes Rady Przedsiębiorców Robert Bodendorf.

Natomiast prezes Adam Abramowicz dodaje jeszcze jeden argument. – Przedłużenie terminu obowiązku KSeF dla mikroprzedsiębiorców nie wpłynie w znaczący sposób na plany dodatkowego uszczelnienia luki w podatku VAT. Przypominam, że Ministerstwo Finansów oraz urzędy skarbowe dysponują wystarczającymi narzędziami kontroli w tym aspekcie: mamy mechanizm podzielonej płatności, tzw. białą księgę, obowiązkowe deklaracje JPK, a do tego resort finansów planuje przywrócenie tzw. należytej staranności po stronie płacącego fakturę i przedłużenie okresu przedawnienia. Nie ma więc żadnej potrzeby, by w celu uszczelniania luki w podatku VAT obciążać dodatkowymi kosztami i obowiązkami rzeszę mikroprzedsiębiorców, którzy swoją ciężką pracą walnie przyczyniają się do rozwoju gospodarczego Polski – podkreśla prezes Rady Przedsiębiorców.

Projekt nowelizacji ustawy

KSeF wykończy wielu najmniejszych przedsiębiorców. Nasz głos w sejmowej dyskusji

Podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu na rzecz Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego tłumaczyliśmy, dlaczego KSeF stanowi problem dla wielu mikrofirm.

Jeszcze system nie wszedł w życie, a już słychać głosy: „Dostałam informację od księgowej, że mam uruchomić konto w KSeF-ie. Próbowałam, ale ja tego nie zrobię, w związku z czym przechodzę na emeryturę” – mówił prezes Rady Przedsiębiorców Adam Abramowicz.

Ustawa Wilczka 2.0 potrzebna od zaraz – wywiad z Adamem Abramowiczem w tygodniku „Do Rzeczy”

Poniżej prezentujemy wywiad z prezesem Rady Przedsiębiorców Adamem Abramowiczem, który ukazał się w najnowszym tygodniku „Do Rzeczy”.

RYSZARD GROMADZKI: Polska jest krajem gospodarczego sukcesu, jak głoszą kolejne ekipy rządzące, czy raczej państwem niewykorzystanych możliwości i straconych szans gospodarczych?

ADAM ABRAMOWICZ: Niewątpliwie osiągnęliśmy w ciągu 35 lat transformacji, a ściślej rzecz ujmując – od wprowadzenia ustawy Wilczka, sukces. Polska zmieniła się z kraju siermiężnego socjalizmu w kraj nowoczesnej gospodarki. To widać na ulicach i widać po ilości gotówki w naszych kieszeniach, możliwości wyjazdów Polaków, których wcześniej nie było, nie tylko ze względów politycznych, lecz także ekonomicznych. Dziś ogromna rzesza Polaków ma dla siebie otwarty cały świat. Ale gdybyśmy zostali przy ustawie Wilczka, a politycy nie ograniczaliby działalności gospodarczej i nie narzucali kolejnych regulacji, obowiązków i ciężarów, to byśmy byli jeszcze dalej zaawansowani w rozwoju. Myślę, żebyśmy doganiali albo i przeganiali niektóre państwa Europy Zachodniej.

W światowym raporcie wolności gospodarczej za 2025 r. Polska zajmuje dopiero 76. miejsce na 165 sklasyfikowanych państw. Dlaczego pana zdaniem polskie państwo tak dusi przedsiębiorczość?

Ten ranking potwierdza to, co powiedziałem wcześniej. Jeśli mimo tak odległej lokaty mówimy o sukcesie gospodarczym w Polsce, to o ile bogatsi bylibyśmy, gdybyśmy w tym rankingu byli w pierwszej piątce? Niestety, praktyka ostatnich lat pokazuje, że ciężarów nakładanych na przedsiębiorców, zamiast ubywać, wciąż przybywa. Dlaczego mamy do czynienia z takim stanem rzeczy? Ano dlatego, że polscy politycy i urzędnicy nie rozumieją, że ograniczanie szerokiego zakresu wolności gospodarczej, kiedy są możliwości nieskrępowanego działania i zarabiania pieniędzy, przez pomysły takie jak Polski Ład czy wprowadzany obecnie KseF (Krajowy System e-Faktur), nowe restrykcje w Kodeksie pracy związane z kontrolowaniem równości, ograniczanie umów B2B, odbiera energię przedsiębiorcom. Ci ludzie chcą pracować i tworzyć dochód narodowy, wystarczy im nie przeszkadzać. Jest wiele przykładów na to, jak innowacyjne pomysły, które mogłyby być realizowane w Polsce, ostatecznie materializują się za granicą. Mam na myśli choćby firmę produkującą satelity radarowe. Jej twórca nie znalazł klimatu do rozwinięcia swojego przedsięwzięcia w Polsce, znalazł go w Finlandii. Takich przypadków jest zdecydowanie więcej. Politycy żyją w odrębnej rzeczywistości.

Przecież w ten sposób podcinają gałąź, na której siedzą i oni, i my…

Tak jest, ale oni mówią: „Zobaczcie, nie jest źle, wprowadzamy nowe ciężary, ale podnosimy płacę minimalną, poza tym wszystko dalej działa”. Ale tak dobrze dalej już nie będzie. Widać już, że gospodarka hamuje, bezrobocie rośnie. Istotną przyczyną podejścia władzy do gospodarki w Polsce jest to, że wśród polityków w zasadzie nie ma przedsiębiorców. Nie mamy w Sejmie swojej reprezentacji. W większości są tam urzędnicy, nauczyciele czy lekarze. A urzędnicy mają wciąż mentalność rodem z poprzedniego systemu. Urzędnik nie pomaga przedsiębiorcy czy – szerzej – obywatelowi, nie realizuje zasady, która powinna obowiązywać w każdym cywilizowanym państwie, czyli jeśli przepis jest niejasny i są wątpliwości, których się nie da usunąć, to te niejasności powinny być interpretowane na korzyść obywatela. Podobnie powinno być w prowadzonych postępowaniach – to nie my mamy udowadniać niewinność, tylko urzędnicy winę.

Jest dokładnie odwrotnie, to obywatel musi udowodnić, że nie jest wielbłądem.

Dokładnie tak. To hipokryzja ze strony rządzących, którzy raz po raz zapewniają, że będą ustawowo regulowali, aby wszystkie niejasności były interpretowane na korzyść obywatela. Uchwala się nawet odpowiednie ustawy, ale w praktyce mamy wręcz do czynienia z agresją wobec obywateli. Najświeższe przykłady dotyczą działań ZUS, który pozbawia ludzi składek emerytalnych płaconych przez całe lata, bo według ZUS płacący nie miał tytułu do ubezpieczenia. To pokazuje prawdziwy stosunek urzędników do Polaków. W tle tego wszystkiego mamy szumne zapowiedzi ustaw, które miały chronić obywateli ze strony premiera Tuska. Wracając do pana wcześniejszego pytania o przyczyny duszenia polskiej przedsiębiorczości, trzeba wskazać na brak silnej reprezentacji przedsiębiorców w Sejmie oraz na mentalność urzędniczą ukierunkowaną na służenie budżetowi. Przejawia się to w imperatywie zabierania za wszelką cenę pieniędzy od obywateli, bo budżet potrzebuje kasy, a po nas choćby potop.

Czy to, że w Sejmie nie ma silnej reprezentacji polskich przedsiębiorców, która broniłaby skutecznie ich interesów, nie jest winą ich samych?

Jest faktem, że wśród prawie 3 mln ludzi prowadzących działalność gospodarczą w Polsce słabo przebija się potrzeba wspólnego działania, we własnym interesie. Nie wyłoniliśmy przez 35 lat gospodarki wolnorynkowej takiej reprezentacji, w przeciwieństwie do Niemiec. Tam rząd każdą ustawę konsultuje ze środowiskiem przedsiębiorców, liczy się z ich zdaniem. U nas wciąż pokutuje mentalność wyniesiona jeszcze z PRL: „ciszej jedziesz, dalsze budiesz”. Ludzie nie chcą się wychylać, obawiając się przeciwstawić urzędniczej arogancji, bo urzędnicy ich zniszczą. Jako prezes Rady Przedsiębiorców widzę to w rozmowach. Mówię często: „Zrzeszmy się, przyjdźcie do nas, staniemy razem w naszej obronie”. W odpowiedzi słyszę: „Nie, nie, wolimy już zapłacić mandat”. No i płacą, pięćset czy tysiąc złotych przy kolejnej kontroli, nieważne, czy jest do tego podstawa czy nie, byle tylko mieć święty spokój. Jeśli to się w naszym środowisku nie zmieni, to dalej będziemy traktowani w taki sposób, jak jesteśmy. Przedsiębiorcy nie zdają sobie sprawy, że każdego może dotknąć nieszczęście w postaci aresztu tymczasowego. Mamy w Radzie Przedsiębiorców człowieka, który został aresztowany na trzy miesiące. W tym czasie zniszczono mu wszystkie firmy. A trafił do aresztu na podstawie oskarżenia kogoś, kto był aresztowany wcześniej i zachęcany do tego, żeby wskazać wspólników do swojego interesu w zamian za łagodne potraktowanie. Chodzi zatem nie tylko o możliwości kontroli, kar, utrudniania działalności, lecz także w skrajnych przypadkach utratę całego majątku i dobrego imienia.

Jako praktyk nie ma pan wrażenia, że w Polsce mamy do czynienia z systemowym niszczeniem przedsiębiorczości i przedsiębiorców ze strony państwa, bez względu na to, czy rządzi Koalicja Obywatelska czy PiS, Tusk czy Morawiecki? Jak wytłumaczyć takie działanie? Przecież państwo żyje z przedsiębiorców.

Ta praktyka wiąże się z potrzebą wyssania od przedsiębiorców jak największej ilości pieniędzy, bo przecież politycy muszą mieć środki na przekupywanie elektoratu. Dlatego od urzędników wymaga się wyciągnięcia maksymalnie dużo kasy z firm za wszelką cenę, nie patrząc, czy są do tego podstawy prawne. Sprawy toczą się potem w sądach wiele lat, a rozstrzygnięcia zapadają często wtedy, kiedy już rządzi ktoś inny. Można tak robić bezkarnie, bo urzędnicy w Polsce nie odpowiadają swoim majątkiem za decyzje sprzeczne z prawem. Ponadto to efekt gestów w stronę lewej strony sceny politycznej, poprzez komplikowanie stosunków pracy, jak w świeżej sprawie B2B, a wcześniej Polskiego Ładu, gdzie za podniesienie składki zdrowotnej mieli zapłacić ci, którzy jeżdżą Porsche i Mercedesami. Te rzeczy się nakładają, czyli potrzeba wyciągania kasy z firm, najlepiej od razu, nie patrząc na skutki, bo później nie wiadomo, czy będziemy jeszcze rządzili. I rzecz druga, czyli chęć przypodobania się części elektoratu, o roszczeniowym nastawieniu, który chciałby dobrze żyć, ale bez ciężkiej pracy, oszczędzania i wyrzeczeń.

Czy w wolnej gospodarce państwo powinno gwarantować płacę minimalną?

W sprawie płacy minimalnej trwa dyskusja także w naszym środowisku. Niektórzy uważają, że jest to potrzebne, ale obecnie stosunek płacy minimalnej do średniej jest zbyt wysoki, bo przekracza 50 proc. Inni, do których zaliczam się także ja, uważają, że płaca minimalna krzywdzi tych najsłabszych. Gdzieś na prowincji, gdzie sytuacja gospodarcza jest zupełnie inna, jest zdecydowanie mniej pieniędzy na rynku, ustalanie jednej płacy minimalnej dla całego kraju powoduje, że tam są zamykane firmy, a ludzie tracą pracę. W Polsce widać już exodus z interioru do dużych miast, co nie pomaga także mieszkańcom dużych miast, bo skutkuje wzrostem cen mieszkań i innymi niedogodnościami.

Jak pozbyć się kuli u nogi w postaci nawały regulacji i ciężarów, które krępują polską przedsiębiorczość? Rada Przedsiębiorców, którą pan kieruje, ma pomysł jak wyjść z tego klinczu?

To duży problem. Politycy boją się tylko siły, a ponieważ nie jesteśmy zjednoczeni i nie mamy takiej siły nacisku jak związki zawodowe czy różne grupy zawodowe, jak pielęgniarki czy rolnicy, jesteśmy marginalizowani. Traktuje się nas jak grupę, od której zawsze można wyciągnąć kasę, nie przejmując się skutkami tego działania. Jedyny skuteczny sposób przeciwdziałania temu to zrzeszać się w organizacje i próbować stworzyć własną reprezentację polityczną bądź wesprzeć tych polityków, którzy myślą tak jak my. Tacy ludzie są we wszystkich partiach, jest to obecnie grupa mniejszościowa, która jest marginalizowana, ale ona istnieje. Ci politycy rozumieją, że tym, co daje społeczeństwu dobrobyt, są praca i oszczędzanie, a nie rozdawnictwo pieniędzy i nieróbstwo.

Nie sądzi pan, że problemy polskich przedsiębiorców usunąłby prosty środek legislacyjny w postaci przywrócenia ustawy Wilczka, oczywiście w wersji 2.0? Czy taki ruch nie uwolniłby znów polskiej gospodarki, jak stało się to w 1988 r?

Oczywiście, że tak. Ciekawe, że mówi tak prawie każda partia, która dochodzi do władzy. Obiecują wrócić do prostych zasad rozliczeń i przywrócić pełną deregulację, a później robią dokładnie odwrotnie. Uproszczenie danin dla małych firm pozwoliłoby im na ogromny skok rozwojowy, coś na kształt Wielkiej Brytanii, gdzie obciążenia małych firm ograniczone są do minimum. Rząd się cieszy, że obywatel sam pracuje na swoje utrzymanie, a nie bierze zasiłki czy ćpa gdzieś na ulicy. Rzecz druga, czyli przyjęcie zasady, że wszystkie niejasności w prawie czy postępowaniach gospodarczych interpretowane są na korzyść obywatela. Ktoś może powiedzieć, że od tego są sądy. Tak, tyle że powszechnie wiadomo, jak działa, a raczej nie działa nasz system sprawiedliwości. Urzędnicy wyciskają z firm pieniądze, sprawy toczą się po kilka lat, a w tym czasie przedsiębiorcy upadają. Dlatego system powinien być zreformowany przynajmniej w odniesieniu do małych firm w kierunku ustawy Wilczka, czyli uproszczenia rozliczeń, ograniczenia kontroli, przyjęcia zasady, że niejasności w prawie zawsze interpretowane są na korzyść obywatela. Niestety – jak już powiedziałem – dziś wszystko idzie w przeciwnym kierunku.

Poziom skomplikowania, który wiąże się z wprowadzaniem Krajowego Systemu e-Faktur, moim zdaniem doprowadzi do wielkiego kolapsu tego systemu. Rządzący Polską są zupełnie oderwani od rzeczywistości, nie mają pojęcia, jak działa w praktyce mały biznes. Rzeczy, które są dziś oczekiwane od pana Janka, właściciela warsztatu samochodowego gdzieś pod Olsztynem czy Rzeszowem, są dla niego nie do spełnienia. Nie będzie rejestracji wymaganych przez KSeF, nie będzie opłacania danin – twierdzi prof. Modzelewski, ostrzegając przed takim scenariuszem. Jego diagnoza jest moim zdaniem bardzo realna. Jeśli rządzący się z tego nie wycofają i nie zwolnią małych firm z tego obowiązku, to zderzą się z tymi samymi skutkami, co PiS przy wprowadzaniu Polskiego Ładu.

Rozmawiał: Ryszard Gromadzki

Zakaz sprzedaży piwa? Adam Abramowicz w wywiadzie dla „Do Rzeczy” o kontrowersyjnych zapisach

– Czy jest to błąd, choć byłby on naprawdę karygodny? Czy jest to jednak zamierzone działanie? – zastanawia się Adam Abramowicz, prezes Organizacji Pracodawców Rady Przedsiębiorców w odniesieniu do projektów Lewicy i Polski 2050, w wywiadzie udzielonemu redakcji „Do Rzeczy”.

Chodzi o dwa projekty nowelizacji ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Pierwszy z nich przygotowali posłowie Lewicy. Całkowicie zakazuje on reklamy wszystkich napojów alkoholowych, w tym piwa, oraz zakazuje sprzedaży alkoholu na stacjach paliw i w godzinach nocnych na terenie całego kraju. Drugi projekt, przygotowany przez posłów Polski 2050, również całkowicie zakazuje reklamy alkoholu, a ponadto przyznaje gminom większe uprawnienia do wprowadzania godzinowego zakazu sprzedaży alkoholu i podnosi opłaty za uzyskanie zezwolenia na sprzedaż alkoholu.

Tyle tylko, że wśród projektów „zaszyto” jednak zastanawiające zapisy – jak choćby ten, który eliminuje całą kategorię piwa ze sprzedaży w małych sklepach. Trudno uciec od pytania, czy jest to błąd i pomyłka legislacyjna, czy też raczej celowe działanie lub gra konkurencyjna, która ma zmienić strukturę handlu. W przeszłości wielokrotnie wskazywano, że prace nad ustawą o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi wykorzystywane są do rozgrywek branżowych, przesunięć struktury handlu i spożycia alkoholu. Skąd więc takie zapisy w poselskich projektach?

Redakcja „Do Rzeczy” poprosiła o komentarz do tych projektów byłego rzecznika MŚP Adama Abramowicza, obecnie prezesa Organizacji Pracodawców Rady Przedsiębiorców, która rozesłała do parlamentarzystów szczegółową analizę. – Po pierwsze, są to projekty poselskie, a wiemy też, że pracuje nad tym rząd, więc mamy tu bardzo dziwny tryb. Wiadomo, że oba projekty i tak przez Sejm nie przejdą teraz, bo będą skierowane do komisji i będą czekały na projekt rządowy. W mojej ocenie jest to więc robione bardziej dla publiczności. Nie zmienia to faktu, że oba te projekty są fatalne i zawierają błędy – wskazuje.

Przykładowo projekt Lewicy zakazuje m.in. małym sklepom spożywczym (w tym sklepom osiedlowym) sprzedaży piwa i napojów niskoalkoholowych, choć sklepy te nadal będą mogły sprzedawać wódkę i inne napoje wysokoprocentowe (w tym małpki). Jednocześnie to, co będzie zakazane dla małych sklepów, będzie przy tym dopuszczalne dla sklepów wielkopowierzchniowych (powyżej 200 m2). – Na skutek takich zapisów z małych sklepów znika piwo. To problem nie tylko dla konsumentów, ale i dla samych właścicieli. Jak można zapisać, że się eliminuje sprzedaż piwa z małych placówek? Pojawia się pytanie, czy jest to błąd? Byłby to naprawdę karygodny. Czy jest to jednak zamierzone tak aby konsumenci kupowali piwo w dyskontach? – zastanawia się Abramowicz.

Polecamy przeczytać cały artykuł TUTAJ