Poniżej prezentujemy wywiad z prezesem Rady Przedsiębiorców Adamem Abramowiczem, który ukazał się w najnowszym tygodniku „Do Rzeczy”.
RYSZARD GROMADZKI: Polska jest krajem gospodarczego sukcesu, jak głoszą kolejne ekipy rządzące, czy raczej państwem niewykorzystanych możliwości i straconych szans gospodarczych?
ADAM ABRAMOWICZ: Niewątpliwie osiągnęliśmy w ciągu 35 lat transformacji, a ściślej rzecz ujmując – od wprowadzenia ustawy Wilczka, sukces. Polska zmieniła się z kraju siermiężnego socjalizmu w kraj nowoczesnej gospodarki. To widać na ulicach i widać po ilości gotówki w naszych kieszeniach, możliwości wyjazdów Polaków, których wcześniej nie było, nie tylko ze względów politycznych, lecz także ekonomicznych. Dziś ogromna rzesza Polaków ma dla siebie otwarty cały świat. Ale gdybyśmy zostali przy ustawie Wilczka, a politycy nie ograniczaliby działalności gospodarczej i nie narzucali kolejnych regulacji, obowiązków i ciężarów, to byśmy byli jeszcze dalej zaawansowani w rozwoju. Myślę, żebyśmy doganiali albo i przeganiali niektóre państwa Europy Zachodniej.
W światowym raporcie wolności gospodarczej za 2025 r. Polska zajmuje dopiero 76. miejsce na 165 sklasyfikowanych państw. Dlaczego pana zdaniem polskie państwo tak dusi przedsiębiorczość?
Ten ranking potwierdza to, co powiedziałem wcześniej. Jeśli mimo tak odległej lokaty mówimy o sukcesie gospodarczym w Polsce, to o ile bogatsi bylibyśmy, gdybyśmy w tym rankingu byli w pierwszej piątce? Niestety, praktyka ostatnich lat pokazuje, że ciężarów nakładanych na przedsiębiorców, zamiast ubywać, wciąż przybywa. Dlaczego mamy do czynienia z takim stanem rzeczy? Ano dlatego, że polscy politycy i urzędnicy nie rozumieją, że ograniczanie szerokiego zakresu wolności gospodarczej, kiedy są możliwości nieskrępowanego działania i zarabiania pieniędzy, przez pomysły takie jak Polski Ład czy wprowadzany obecnie KseF (Krajowy System e-Faktur), nowe restrykcje w Kodeksie pracy związane z kontrolowaniem równości, ograniczanie umów B2B, odbiera energię przedsiębiorcom. Ci ludzie chcą pracować i tworzyć dochód narodowy, wystarczy im nie przeszkadzać. Jest wiele przykładów na to, jak innowacyjne pomysły, które mogłyby być realizowane w Polsce, ostatecznie materializują się za granicą. Mam na myśli choćby firmę produkującą satelity radarowe. Jej twórca nie znalazł klimatu do rozwinięcia swojego przedsięwzięcia w Polsce, znalazł go w Finlandii. Takich przypadków jest zdecydowanie więcej. Politycy żyją w odrębnej rzeczywistości.
Przecież w ten sposób podcinają gałąź, na której siedzą i oni, i my…
Tak jest, ale oni mówią: „Zobaczcie, nie jest źle, wprowadzamy nowe ciężary, ale podnosimy płacę minimalną, poza tym wszystko dalej działa”. Ale tak dobrze dalej już nie będzie. Widać już, że gospodarka hamuje, bezrobocie rośnie. Istotną przyczyną podejścia władzy do gospodarki w Polsce jest to, że wśród polityków w zasadzie nie ma przedsiębiorców. Nie mamy w Sejmie swojej reprezentacji. W większości są tam urzędnicy, nauczyciele czy lekarze. A urzędnicy mają wciąż mentalność rodem z poprzedniego systemu. Urzędnik nie pomaga przedsiębiorcy czy – szerzej – obywatelowi, nie realizuje zasady, która powinna obowiązywać w każdym cywilizowanym państwie, czyli jeśli przepis jest niejasny i są wątpliwości, których się nie da usunąć, to te niejasności powinny być interpretowane na korzyść obywatela. Podobnie powinno być w prowadzonych postępowaniach – to nie my mamy udowadniać niewinność, tylko urzędnicy winę.
Jest dokładnie odwrotnie, to obywatel musi udowodnić, że nie jest wielbłądem.
Dokładnie tak. To hipokryzja ze strony rządzących, którzy raz po raz zapewniają, że będą ustawowo regulowali, aby wszystkie niejasności były interpretowane na korzyść obywatela. Uchwala się nawet odpowiednie ustawy, ale w praktyce mamy wręcz do czynienia z agresją wobec obywateli. Najświeższe przykłady dotyczą działań ZUS, który pozbawia ludzi składek emerytalnych płaconych przez całe lata, bo według ZUS płacący nie miał tytułu do ubezpieczenia. To pokazuje prawdziwy stosunek urzędników do Polaków. W tle tego wszystkiego mamy szumne zapowiedzi ustaw, które miały chronić obywateli ze strony premiera Tuska. Wracając do pana wcześniejszego pytania o przyczyny duszenia polskiej przedsiębiorczości, trzeba wskazać na brak silnej reprezentacji przedsiębiorców w Sejmie oraz na mentalność urzędniczą ukierunkowaną na służenie budżetowi. Przejawia się to w imperatywie zabierania za wszelką cenę pieniędzy od obywateli, bo budżet potrzebuje kasy, a po nas choćby potop.
Czy to, że w Sejmie nie ma silnej reprezentacji polskich przedsiębiorców, która broniłaby skutecznie ich interesów, nie jest winą ich samych?
Jest faktem, że wśród prawie 3 mln ludzi prowadzących działalność gospodarczą w Polsce słabo przebija się potrzeba wspólnego działania, we własnym interesie. Nie wyłoniliśmy przez 35 lat gospodarki wolnorynkowej takiej reprezentacji, w przeciwieństwie do Niemiec. Tam rząd każdą ustawę konsultuje ze środowiskiem przedsiębiorców, liczy się z ich zdaniem. U nas wciąż pokutuje mentalność wyniesiona jeszcze z PRL: „ciszej jedziesz, dalsze budiesz”. Ludzie nie chcą się wychylać, obawiając się przeciwstawić urzędniczej arogancji, bo urzędnicy ich zniszczą. Jako prezes Rady Przedsiębiorców widzę to w rozmowach. Mówię często: „Zrzeszmy się, przyjdźcie do nas, staniemy razem w naszej obronie”. W odpowiedzi słyszę: „Nie, nie, wolimy już zapłacić mandat”. No i płacą, pięćset czy tysiąc złotych przy kolejnej kontroli, nieważne, czy jest do tego podstawa czy nie, byle tylko mieć święty spokój. Jeśli to się w naszym środowisku nie zmieni, to dalej będziemy traktowani w taki sposób, jak jesteśmy. Przedsiębiorcy nie zdają sobie sprawy, że każdego może dotknąć nieszczęście w postaci aresztu tymczasowego. Mamy w Radzie Przedsiębiorców człowieka, który został aresztowany na trzy miesiące. W tym czasie zniszczono mu wszystkie firmy. A trafił do aresztu na podstawie oskarżenia kogoś, kto był aresztowany wcześniej i zachęcany do tego, żeby wskazać wspólników do swojego interesu w zamian za łagodne potraktowanie. Chodzi zatem nie tylko o możliwości kontroli, kar, utrudniania działalności, lecz także w skrajnych przypadkach utratę całego majątku i dobrego imienia.
Jako praktyk nie ma pan wrażenia, że w Polsce mamy do czynienia z systemowym niszczeniem przedsiębiorczości i przedsiębiorców ze strony państwa, bez względu na to, czy rządzi Koalicja Obywatelska czy PiS, Tusk czy Morawiecki? Jak wytłumaczyć takie działanie? Przecież państwo żyje z przedsiębiorców.
Ta praktyka wiąże się z potrzebą wyssania od przedsiębiorców jak największej ilości pieniędzy, bo przecież politycy muszą mieć środki na przekupywanie elektoratu. Dlatego od urzędników wymaga się wyciągnięcia maksymalnie dużo kasy z firm za wszelką cenę, nie patrząc, czy są do tego podstawy prawne. Sprawy toczą się potem w sądach wiele lat, a rozstrzygnięcia zapadają często wtedy, kiedy już rządzi ktoś inny. Można tak robić bezkarnie, bo urzędnicy w Polsce nie odpowiadają swoim majątkiem za decyzje sprzeczne z prawem. Ponadto to efekt gestów w stronę lewej strony sceny politycznej, poprzez komplikowanie stosunków pracy, jak w świeżej sprawie B2B, a wcześniej Polskiego Ładu, gdzie za podniesienie składki zdrowotnej mieli zapłacić ci, którzy jeżdżą Porsche i Mercedesami. Te rzeczy się nakładają, czyli potrzeba wyciągania kasy z firm, najlepiej od razu, nie patrząc na skutki, bo później nie wiadomo, czy będziemy jeszcze rządzili. I rzecz druga, czyli chęć przypodobania się części elektoratu, o roszczeniowym nastawieniu, który chciałby dobrze żyć, ale bez ciężkiej pracy, oszczędzania i wyrzeczeń.
Czy w wolnej gospodarce państwo powinno gwarantować płacę minimalną?
W sprawie płacy minimalnej trwa dyskusja także w naszym środowisku. Niektórzy uważają, że jest to potrzebne, ale obecnie stosunek płacy minimalnej do średniej jest zbyt wysoki, bo przekracza 50 proc. Inni, do których zaliczam się także ja, uważają, że płaca minimalna krzywdzi tych najsłabszych. Gdzieś na prowincji, gdzie sytuacja gospodarcza jest zupełnie inna, jest zdecydowanie mniej pieniędzy na rynku, ustalanie jednej płacy minimalnej dla całego kraju powoduje, że tam są zamykane firmy, a ludzie tracą pracę. W Polsce widać już exodus z interioru do dużych miast, co nie pomaga także mieszkańcom dużych miast, bo skutkuje wzrostem cen mieszkań i innymi niedogodnościami.
Jak pozbyć się kuli u nogi w postaci nawały regulacji i ciężarów, które krępują polską przedsiębiorczość? Rada Przedsiębiorców, którą pan kieruje, ma pomysł jak wyjść z tego klinczu?
To duży problem. Politycy boją się tylko siły, a ponieważ nie jesteśmy zjednoczeni i nie mamy takiej siły nacisku jak związki zawodowe czy różne grupy zawodowe, jak pielęgniarki czy rolnicy, jesteśmy marginalizowani. Traktuje się nas jak grupę, od której zawsze można wyciągnąć kasę, nie przejmując się skutkami tego działania. Jedyny skuteczny sposób przeciwdziałania temu to zrzeszać się w organizacje i próbować stworzyć własną reprezentację polityczną bądź wesprzeć tych polityków, którzy myślą tak jak my. Tacy ludzie są we wszystkich partiach, jest to obecnie grupa mniejszościowa, która jest marginalizowana, ale ona istnieje. Ci politycy rozumieją, że tym, co daje społeczeństwu dobrobyt, są praca i oszczędzanie, a nie rozdawnictwo pieniędzy i nieróbstwo.
Nie sądzi pan, że problemy polskich przedsiębiorców usunąłby prosty środek legislacyjny w postaci przywrócenia ustawy Wilczka, oczywiście w wersji 2.0? Czy taki ruch nie uwolniłby znów polskiej gospodarki, jak stało się to w 1988 r?
Oczywiście, że tak. Ciekawe, że mówi tak prawie każda partia, która dochodzi do władzy. Obiecują wrócić do prostych zasad rozliczeń i przywrócić pełną deregulację, a później robią dokładnie odwrotnie. Uproszczenie danin dla małych firm pozwoliłoby im na ogromny skok rozwojowy, coś na kształt Wielkiej Brytanii, gdzie obciążenia małych firm ograniczone są do minimum. Rząd się cieszy, że obywatel sam pracuje na swoje utrzymanie, a nie bierze zasiłki czy ćpa gdzieś na ulicy. Rzecz druga, czyli przyjęcie zasady, że wszystkie niejasności w prawie czy postępowaniach gospodarczych interpretowane są na korzyść obywatela. Ktoś może powiedzieć, że od tego są sądy. Tak, tyle że powszechnie wiadomo, jak działa, a raczej nie działa nasz system sprawiedliwości. Urzędnicy wyciskają z firm pieniądze, sprawy toczą się po kilka lat, a w tym czasie przedsiębiorcy upadają. Dlatego system powinien być zreformowany przynajmniej w odniesieniu do małych firm w kierunku ustawy Wilczka, czyli uproszczenia rozliczeń, ograniczenia kontroli, przyjęcia zasady, że niejasności w prawie zawsze interpretowane są na korzyść obywatela. Niestety – jak już powiedziałem – dziś wszystko idzie w przeciwnym kierunku.
Poziom skomplikowania, który wiąże się z wprowadzaniem Krajowego Systemu e-Faktur, moim zdaniem doprowadzi do wielkiego kolapsu tego systemu. Rządzący Polską są zupełnie oderwani od rzeczywistości, nie mają pojęcia, jak działa w praktyce mały biznes. Rzeczy, które są dziś oczekiwane od pana Janka, właściciela warsztatu samochodowego gdzieś pod Olsztynem czy Rzeszowem, są dla niego nie do spełnienia. Nie będzie rejestracji wymaganych przez KSeF, nie będzie opłacania danin – twierdzi prof. Modzelewski, ostrzegając przed takim scenariuszem. Jego diagnoza jest moim zdaniem bardzo realna. Jeśli rządzący się z tego nie wycofają i nie zwolnią małych firm z tego obowiązku, to zderzą się z tymi samymi skutkami, co PiS przy wprowadzaniu Polskiego Ładu.
Rozmawiał: Ryszard Gromadzki